wtorek, 5 lutego 2013

Welcome to the Dżungla.

Ciężko było nam się rozstawać z plażą Tonsai, ale czekały na nas kolejne niesamowite miejsca do zobaczenia więc trzeba było się zbierać. Za radą naszych znajomych, Piotrka i Kasi ze Słupska, postanowiliśmy udać się do Khao Sok, aby zobaczyć prawdziwą Tajlandzką dżunglę, która rzekomo jest starsza i bardziej zróżnicowana niż lasy deszczowe Amazonii. Dojazd do celu w teorii wydawał się banalnie prosty, zwłaszcza że kupiliśmy bezpośrednie bilety. O tym, że w Tajlandii nic nie jest do końca takie na jakie wygląda, przekonaliśmy się jednak na własnej skórze.

Wodna brama do parku narodowego Khao Sok.

Z portu w Ao Nang zabrać miał nas minivan, a potem prosto zawieźć do Khao Sok. Okazało się jednak, że tylko nam się tak wydawało. Owszem przyjechał bus, ale najpierw zabrano nas do miejsca spotkań, gdzie wpakowano nas do kolejnego pojazdu, który rzekomo miał już jechać bezpośrednio do naszego celu. Miny nam jednak zrzedły, gdy zobaczyliśmy tablicę miasta Surat Thani, które położone jest w innym rejonie kraju. Tak żeby wam lepiej przybliżyć sytuację, wyglądało to tak jakbyśmy jechali z Gdańska do Warszawy, ale przez Poznań. Żyć nie umierać. Ponadto w Surat Thani okazało się, że czeka nas kolejna przesiadka, tylko że tym razem zamiast vana miał na nas czekać lokalny autobus. Żeby było jednak jeszcze śmieszniej musieliśmy na niego czekać 2 godziny. Tym o to niecodziennym sposobem trasę około 200 kilometrów pokonaliśmy w 8h i zamiast po południu na miejsce dojechaliśmy wieczorem. Jednym z nielicznych pozytywów tej wycieczki "krajoznawczej" był taki, że poznaliśmy Piotrka i Anię, parkę pozytywnych Polaków w podróży poślubnej, z którymi spędziliśmy potem kilka dni.

Niby komfortowy van a w dodatku Toyota, a miejsca mniej niż w Ryanairze.

Ołtarzyki w autobusach wcale nie pomagają - tajscy kierowcy mimo modlitw pasażerów jeżdżą jak szaleni.

O samej wiosce Khao Sok za wiele nie jesteśmy w stanie powiedzieć, bo gdy przyjechaliśmy było już ciemno. Następnego dnia natomiast, z samego rana postanowiliśmy wybrać się na 2-dniową wycieczkę do parku narodowego położonego na terenie dżungli. Wraz z 9 innych ludzi (w tym dwoje Włochów i Holender oraz 7 Polaków - parka poznana wcześniej oraz 3 ich znajomych, którzy również prowadzą bloga z podróży: www.maltaj2013.blogspot.com), na pokładzie łodzi, zostaliśmy dostarczeni do naszej bazy wypadowej - pływających domków. Klimatu chatkom na wodzie dodawało ich mocno prowizoryczne wykończenie oraz mali współlokatorzy. My dla przykładu mogliśmy w naszych 4 kątach karmić rybki nie wychodząc na zewnątrz a wieczorem podziwiać jaszczurki i żaby prosto z łóżka.

Kierowcy łodzi dość poważnie podchodzą do swojej pracy i obowiązków.

Widok z zewnątrz na pływające chatki.

I do kompletu trochę prowizorycznego wnętrza.

A przed domem....jezioro.

W ciągu dwóch dni dwukrotnie byliśmy na kilkugodzinnym trekkingu po dżungli, który w obu przypadkach prowadził do jaskiń. Szczególnie w drugim przypadku spacer był niesamowity, bo zawierał kilkudziesięciominutową przeprawę wąskimi zakamarkami ciemnej jak wiadomo co jaskini. Momentami trzeba było nawet pływać, bo poziom wody wynosił prawie 2 metry. Specyficznego klimatu dodawały jeszcze setki nietoperzy wiszące dookoła oraz czarne pająki wielkości dłoni kręcące się pod nogami. Jedno jest więcej niż pewne - sam bym do tej jaskini nie wszedł!

Welcome to the jungle.

Nasza ekipa z przewodnikiem przed wejściem do jaskini.

Aga prezentuje strój wieczorowy do dżungli, a ja uciekam przed nietoperzami.

Bardzo bliskie spotkanie z pijawkami.

Poza trekkingiem mogliśmy indywidualnie poznać okolicę z perspektywy kajaka. Trudno opisać w kilku słowach, dźwięki jakie słychać, kiedy stoi się na skraju dżungli. Krzyki różnorodnych małp, śpiew wielobarwnych ptaków, dźwięk łamanego bambusa, cykanie cykad i dziesiątki innych odgłosów, których autorów niestety nie znamy. Wisienką na torcie miało być nocne safari. Niestety zwierzaki nie dopisały i musieliśmy się zadowolić widokiem kilku ptaków (w tym niezwykle barwnego Great Hornbill'a). Dla osłody pozostały jednak gwiazdy na niebie, które nocą w dżungli świecą ze zdwojoną mocą.

Mimo braku zwierzaków nocne i ranne safari też miały swój klimat


Aga stwierdziła, że dwa dni w dżungli to w sam raz (mam wrażenie, że bliskie spotkanie z pijawkami mogło mieć wpływ na tą opinię) i czas najwyższe ruszać z powrotem w kierunku słonecznych plaż. Razem z piątką łódzkich Polaków dość sprawnie złapaliśmy autobus, który tym razem szybko i tanio zawiózł nas prosto do celu. Ze stacji w Sarut Thani mieliśmy jeszcze tylko przetransportować się do portu, który według większości Tajów był oddalony o 40 minut. My jednak nauczeni wcześniejszą przygodą nie chcieliśmy im uwierzyć, co zresztą okazało się słuszne. Miejscowa dziewczyna wyjaśniła nam bowiem, że prom którego szukamy zakotwiczony jest niecałe dziesięć minut piechotą od nas. W nagrodę za dociekliwość trafiliśmy jeszcze na lokalny rynek ze straganami, gdzie po raz pierwszy poczuliśmy się jak w prawdziwiej Tajlandii - to my byliśmy atrakcją turystyczną dla miejscowych, a nie odwrotnie.

Tania Azja? To chyba tu, bo jedzenie średnio kosztawało 3 złote.


Aga jako atrakcja turystyczna.

Jedzenie uliczne w bardzo dosłownym znaczeniu.

Podróże kształcą i my przekonaliśmy się o tym na własnej skórze. Od dziś w miejscach turystycznych zaczynamy stosować zasadę ograniczonego zaufania wobec Tajów. Mam nadzieję, że pozwoli nam to uniknąć kolejnych naciąganych przygód. Teraz siedzimy na nocnej łódce, która ma zabrać nas w nocny rejs (od 23 do 6 rano) na wyspę Koh Pha Ngan. Materace mamy już zajęte, alkohol kupiony - ruszamy za godzinę. Kolejny raz słyszymy się z Koh Tao. Miejmy nadzieję, że już po skończonym kursie nurkowania i z kolejną porcją azjatyckich przeżyć.

7 komentarzy:

  1. Hi kids.Dobre bo nieznane i ciekawe a tego nie zobaczy się podróżując z biurem turystycznym.
    Z niecierpliwością czekam na podwodne filmiki po kursie nurkowania.jp

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. podróżując na własną rękę rzeczywiście można zobaczyć więcej, ale akurat w tym przypadku musieliśmy skorzystać z dobrodziejst wycieczki organizowanej, bo do parku od strony jeziora inaczej dostać się nie można (...ponoć).

      Usuń
    2. Przetwarzam i podkładam muzykę country pod Wasze filmiki z USA i Canady. Alaska i Canada zach.dla mnie bomba dlatego też nie zapominajcie o filmowaniu (nie tylko zdjęcia). Good and fluent comments Agi ..Jp

      Usuń
  2. Świetny ten bazar i jedzenie uliczne. Trafiliście na jakieś ciekawe smaki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przede wszystkim smaki były pikantne. poprosiłem o coś 'a little spicy' a w trakcie jedzenia myślałem, że język mi się zjara:) poza tym był jeszcze szaszłyk z kurczaka...wątróbki, a na deser znaleźliśmy faworki w kształcie kulek :P no i całe multum innych cudów których nie mieliśmy okazji spróbować.

      Usuń
    2. O to jak takie pikantne jedzenie to coś dla mnie:D BTW świetne foty i widzę, że wycieczka się na pewno udała:)

      Usuń
  3. Najlepszy jest Agi strój w dżungli:)
    Pozdrowienia:)

    OdpowiedzUsuń

WSZYSTKO CO CHCIELIBYŚCIE ZNALEŹĆ NA BLOGU - KATEGORIE