poniedziałek, 23 stycznia 2012

Cancun, czyli wielkie meksykańskie rozczarowanie.

W Meksyku nigdy wcześniej nie byliśmy. Nasza wiedza związana z tym krajem pochodziła głównie z programów telewizyjnych oraz relacji i opisów innych ludzi, którzy tutaj byli. Na tej podstawie powstał nasz obraz, który spodziewaliśmy się zastać po przylocie do Cancun. Rzeczywistość okazała się jednak trochę inna i zamiast niezapomnianej wizyty w tym karaibskim mieście, nasz pobyt owszem będziemy wspominać, ale niezbyt pozytywnie.


Cancun jakie jest każdy widzi.

Niestety jest w tym też trochę naszej winy. Wystarczyło bowiem zajrzeć choćby na stronę Wikipedii, gdzie jak wół jest napisane, że miasto zostało zbudowane niewiele ponad 40 lat temu, specjalnie na potrzeby turystyczne. W efekcie tego dzisiejsze Cancun to dwie odrębne części: miasto, które poza kilkoma knajpkami nie ma kompletnie nic do zaoferowania oraz strefa hotelowa (tak zwana Zona Hotelara), gdzie wzdłuż czteropasmowej drogi biegnącej wybrzeżem rozciągają się liczne hotele. Wszystko byłoby ok gdybyśmy przyjechali na wakacje all-inclusive, bo wtedy w obrębie wybranego hotelu byłoby co robić. My jednak wybraliśmy opcję, gdzie sami sobie szukamy spania i okolicznych atrakcji, a tych niestety miasto nie ma wcale w swej ofercie. Dodatkowo jeszcze trafiliśmy na dość deszczowy pogodę, która tylko dopełniała i tak już kiepski obraz Cancun.

Przedwczesna radość z przyjazdu do Cancun.

Przysmaki kuchni meksykańskiej.

Na szczęście mamy wrodzoną umiejętność odnajdowania się w większości sytuacji, więc i teraz nie siedzieliśmy bezczynnie w pokoju hotelowym. Pierwszego dnia, jeden z niewielu bezdeszczowych momentów, wykorzystaliśmy na wygłupy w rewelacyjnie dużych falach. Takiego zastrzyku pozytywnej energii było nam potrzeba. Następnego dnia natomiast postanowiliśmy dołączyć do zorganizowanej wycieczki i pojechaliśmy zobaczyć jeden ze współczesnych cudów świata - Chichén Itzá. W drodze do miasta Majów mieliśmy niecodzienną okazję popływać w cenote (swego rodzaju jaskini, a dokładniej mówiąc studni, utworzonej w wapiennej skale, która jest stałym elementem krajobrazu półwyspu Jukatan). Załapaliśmy się również na meksykańską wyżerkę z tortillą i tacos na czele, a także na degustację lokalnej tequili. Ponadto zza chmur sporadycznie wyglądało słońce więc i humory dopisywały nam tak jak powinny od pierwszego dnia w Meksyku.

Tak właśnie sobie wyobrażaliśmy Meksyk.

Cenote - taka większa studnia

Degustacja tequili cieszyła się największą popularnością. Ciekawe czemu?

Niewątpliwym plusem zorganizowanej wycieczki była obecność przewodnika, dzięki któremu dowiedzieliśmy się wielu interesujących faktów z historii Majów. Między innymi o tym, że Indianie ci byli doskonałymi matematykami i budowniczymi, a także genialnymi astrologami. Każdy słyszał chyba o najbliższej dacie końca świata, która rzekomo ma nastąpić 21 grudnia tego roku. Data ta została wzięta właśnie z kalendarza Majów. To właśnie na ten dzień przypada bowiem koniec pewnej epoki (trwającej około 26,000 lat), która przez niektórych została błędnie zinterpretowana jako koniec świata. Na szczęście wszyscy możemy spać spokojnie, bo jedyna interesująca rzecz jaka zdarzy się tego dnia, to to, że na nowo rozpocznie się kalendarz Majów.

El Castillo - piramidy wykorzystywana przez Majów jako kalendarz.

Ruiny miasta Chichén Itzá.


Bardzo interesująca była również historia o ullamaliztli. Tak zwana była gra w piłkę, którą Majowie rozgrywali ku czci bogów. Po zakończonym meczu składana była ofiara w postaci ściętej głowy jednego z zawodników. Najciekawsze jednak było to, zgodnie z wyjaśnieniami naszego przewodnika, że bogom należało poświęcić to co najlepsze, a więc życie kapitana zwycięskiej drużyny. Nam też ciężko było to sobie wyobrazić. Nie mówiąc już o tym, jak taki mecz musiałby dziwnie wyglądać w obecnych czasach.

Bez okien też można mieszkać.

"Galeria Sławy" kapitanów zwycięskich drużyn.

Warto jeszcze wspomnieć, ku przestrodze przyjeżdżających do Meksyku, o namolnych sprzedawcach, którzy szczególnie w miejscach turystycznych potrafią jak szarańcza uprzykrzać człowiekowi życie. Jeśli tylko zauważą u człowieka choć najmniejsze zainteresowanie, gotowi są zrobić niemal wszystko, aby ten kupił ich produkt. Za mną jeden taki gonił chyba z 200 metrów, bo lekkomyślnie spytałem o cenę, choć wcale nie byłem zainteresowany kupnem. Najlepsza metoda, jeśli nie mamy zamiaru robić zakupów, to patrzeć przed siebie i broń boże nie nawiązywać kontaktu wzrokowego, bo w przeciwnym razem będziemy zgubieni. Ciekawie było również z taksówkarzami, którzy dla turystów mają "specjalne ceny". Zdawaliśmy sobie z tego sprawę, więc już przed przylotem do Meksyku zorientowaliśmy się jak wygląda komunikacja miejska. Wiedzieliśmy zatem, że z lotniska do Cancun jeździ autobus za około 5$ od osoby. I mimo że zgodnie z rozkładem ostatni transport odjeżdżał ok. 22, to wszyscy na lotnisku (taksówkarze, a nawet pracownicy informacji turystycznej) zarzekali się że dziś już nic nie jeździ i że w tej sytuacji mają dla nas specjalną cenę, jedyne 50 dolarów. Autobus oczywiście przyjechał, co było dla nas bardzo dobrą lekcją, aby wobec sprzedawców stosować regułę ograniczonego zaufania.

Sprzedawcy pamiątek potrafią być nieznośni jak komary w lecie.

Ręcznie robione maski Majów

Kolorowe pamiątki czekają na każdego turystę.

Do Cancun wróciliśmy w wesołych nastrojach i naładowani pozytywną energią. Miasto jednak, jak było szare przed naszym wyjazdem, tak pozostało szare po naszym powrocie. Zgodnie stwierdziliśmy więc, że nie ma co tutaj zamulać, spakowaliśmy nasze klamoty i następnego dnia z rana ruszyliśmy dalej, na południe półwyspu Jukatan. O tym gdzie byliśmy i co tam robiliśmy oraz czy pogoda nam w końcu dopisała dowiecie się jednak w następnej relacji.


PS. Śpieszę z wyjaśnieniami, gdyż mam wrażenie, że nie wszyscy zdają sobie sprawę, iż już w grudniu dobiegła końca nasza 3-miesięczna Podróż Marzeń. Sądziłem jednak, że po powrocie do kraju o wiele szybciej uda nam się nadrobić blogowe zaległości. Okazało się to jednak o tyle trudne, że w pierwszej kolejności chcieliśmy spędzić trochę czasu z rodziną oraz odwiedzić większość znajomych. Poza tym święta, nowy rok, urodziny i inne wyjątkowe imprezy sprawiły, że ciężko było znaleźć czas, aby to ogarnąć. Na szczęście wszystko się powoli stabilizuje i mamy nadzieję, że kolejne wpisy będą pojawiać się o wiele systematycznej.

1 komentarz:

  1. Relacja rewelacyjna, choc ten deszcz to juz nie...jednak kazda wyprawa powinna czyms nas zaskoczyc, co nie :) Pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń

WSZYSTKO CO CHCIELIBYŚCIE ZNALEŹĆ NA BLOGU - KATEGORIE