piątek, 9 września 2011

Autostopem do Denali


Plan na wtorek był prosty - dostać się z Anchorage do Denali. Jedyne utrudnienie to fakt, że postanowiliśmy się poruszać autostopem. Pomysł o tyle szalony, że nigdy tego wcześniej nie robiliśmy. Na szczęście udało mi się przekonać resztę wycieczki, że pokonanie 400 kilometrów na Alasce nie powinno być problemem. Sam nie wiem skąd to przeświadczenie, ale grunt to pozytywne nastawienie. Spakowaliśmy więc niezbędny sprzęt, pozostałe klamoty zostawiliśmy w hotelu i ruszyliśmy w poszukiwaniu przygody.

Alaskański autostop w wersji Słupskiej



Pierwszego stopa złapaliśmy niemal z biegu. Można powiedzieć, że on złapał nas. Zatrzymał się w momencie, kiedy Wojtek z Agą pochłonięci byli rozmową, a ja poszedłem na stację paliw wypytać, gdzie byłoby najlepiej się ustawić. Ojciec z 5-letnim synkiem postanowili podrzucić nas poza Anchorage, żeby łatwiej nam było złapać samochód do Denali. W trakcie rozmowy przybliżył nam trochę temat życia na Alasce (m.in. że jest lista, na którą mogą zapisywać się Alaskańczycy i jeśli na drodze zostanie potrącone zwierzę, wtedy pierwsza osoba z takiej listy otrzymuje informację, że może stawić się na miejscu wypadku i zabrać ciało zwierzaka - wszystko po to, żeby mięso się nie zmarnowało). Szybko jednak nas polubili (w końcu jak nas nie lubić) i ostatecznie zawieźli nas aż do oddalonego o 50 kilometrów Wasilla. Stąd droga prowadzi tylko w kierunku parku, więc o wiele łatwiej o stopa do Denali.


Górskie widoki na trasie do parku Denali

Po krótkiej przerwie na stacji benzynowej, wyszliśmy ponownie szukać szczęścia na drodze. Ponownie łapanie okazji nie zajęło nam dłużej niż 5 minut. Ledwie zdążyliśmy się rozstawić, a już byliśmy wewnątrz przestronnego pickupa, który zmierzał w stronę Fairbanks. W trakcie rozmowy okazało się, że młody kierowca jest myśliwym rodem z Main, który od roku mieszka i poluje na Alasce. Sezon łowiecki rozpoczął się z początkiem września, więc i on ruszył w poszukiwaniu wielkiej zwierzyny. Podczas podróży dowiedzieliśmy się wielu bardzo ciekawych rzeczy na temat polowania na łosie, karibu oraz niedźwiedzie. Zademonstrował nam nawet sposoby wabienia łosi - niezły ubaw przy tym mieliśmy.


Akt pierwszy, scena pierwsza

Historie, które opowiadał, były tak ciekawie, że nim się zorientowaliśmy byliśmy już w Denali National Park. Owen, tak miał na imię nasz kierowca, tak spodobało się nasze towarzystwo, że postanowił przenocować z nami na kempingu w Riley Creek. Śmieszny to był wieczór. Mieliśmy okazję nawet trzymać broń, którą wiózł na pace swojej Toyoty.

Autostopowa integracja

Zabawy z bronią

Około północy, po kilku piwach (spróbowaliśmy między innymi lokalnego Fairbanks Lager, który chwali się, że jest najbardziej na północ wysuniętym browarem na Alasce), kiedy sądziliśmy, że już nic nas nie zaskoczy tego wieczoru, stało się coś niesamowitego. Na niebie tuż nad nami pojawiła się zorza polarna. Niesamowite zjawisko. Aurora bralis rozświetlała niebo przez około 20 minut. Tańczące światła co rusz pojawiały się i znikały. Coś pięknego.

Zdjęć zorzy polarnej niestety nie ma, ale wspomnienia pozostaną na zawsze

Mówią, że trzeba mieć trochę szczęścia, żeby dość szybko złapać stopa i w 5 godzin przejechać 400 kilometrów. Mówią, że trzeba mieć więcej szczęścia, żeby zobaczyć zorzę polarną, nie wspominając już o tym, że od razu pierwszego dnia. Wygląda więc, że my tego szczęścia mamy całkiem sporo. Ale mówią też, że szczęściu trzeba pomóc. Dlatego cały czas staramy się jak możemy, aby to szczęście nie musiało na nas długo czekać.


10 komentarzy:

  1. bosko!
    i tekst Wojtka w pierwszym filmiku: "buty kupilem! buty kupilem! to jest najwazniejsze!" hehehe :P glupole:) buziaki ;* Agata

    OdpowiedzUsuń
  2. ja tezzz tak chce !!!!! ;) Powodzenia mordy kochane i uwazajcie na siebie. P.S. az chcialoby sie powiedziec, ze niedlugo swój spotka swojego, Łosie ;p

    Pozdro od Goliszków ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jesteście niesamowici :)

    Aga i Piotrek S.

    OdpowiedzUsuń
  4. Are Yu crazy Wojtek nie lubię takich zabaw z bronią. Reszta spoko b. fajnie i zazdroszczę tych widoków. Jaaak w niebie .Czy to już niebo.?? pozdrawiam JP

    OdpowiedzUsuń
  5. Zajebiście :) Oby szczęście Wam dalej sprzyjało ;) Jaki teraz plan? Kanada?

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak będziecie mieć okazje to spróbujcie mięsa z łosia - podobno smaczne! Nasunął mi się artykuł o 'pijanym łosiu' w Szwecji - od zfermentowanych jabłek się biedak upił:) haha i tak zainteresował mnie ten łoś, ze aż do mięsa z niego doszło:).
    Cudna zdjęcia!! Spokojnej i ciekawej wyprawy!!bw

    OdpowiedzUsuń
  7. @ Koala - najpierw Seattle i Olympic Park, a potem powrot do Kanady. a wy jak wrazenia po podrozy?

    OdpowiedzUsuń
  8. @bw - kolo Seward udalo nam sie sprobowac losioburgera i rzeczywiscie nas zachwycil. ciezko powiedziec czy nasz losiu byl pijnay:)

    pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń

WSZYSTKO CO CHCIELIBYŚCIE ZNALEŹĆ NA BLOGU - KATEGORIE