wtorek, 5 marca 2013

Bangkok po raz drugi.

2 dni, które spędziliśmy w Bangkoku przed wolontariatem ze słoniami, pozwoliły nam tylko trochę liznąć miasto, gdyż na stolicę Tajlandii pewnie i tydzień to za mało. Niemniej jednak do tej miejskiej dżungli wracaliśmy bardziej z musu niż z wyboru (naszym celem było wyrobienie wizy myanmarskiej), zwłaszcza po okresie spędzonym na tajlandzkich peryferiach. Nie oznacza to jednak, że jechaliśmy tam za karę. W końcu to Bangkok, a tam się przecież chyba nie można nudzić.


Tak jak za pierwszym razem, podobnie i teraz zakotwiczyliśmy w okolicach Khao San Road. Była to jednak tylko nasza baza wypadowa, bo choć dzielnica miała bardzo fajny klimat, to niestety przez większość czasu była tak nabita turystami, że czasami traciliśmy rachubę gdzie jesteśmy: jeszcze w Azji czy może już z powrotem w Europie. Z Khao San najlepiej zapamiętamy chyba naszą przygodę z tajlandzką pralnią. Po miesiącu w drodze i praniu rzeczy naprędce postanowiliśmy oddać brudy w ręce lokalnych fachowców tj. starszej babuni i jej młodego pomocnika (chyba wnuczka). Zdanie sprzętu nie zwiastowało najmniejszych kłopotów. Dopiero wieczorem, gdy wróciliśmy po nasze rzeczy, okazało się że ich skompletowanie nie będzie takie proste. Całe szczęście mieliśmy listę, dzięki której dokładnie wiedzieliśmy czego nam brakuje. Niestety babcia nie znała angielskiego, trzeba więc było się trochę nagimnastykować żeby jej opisać każdy z zaginionych ciuchów. Poszukiwania 8 rzeczy (wszystkiego razem było 20 sztuk) zajęło nam chyba z 40 minut, a wątpliwego klimatu dodawały myszy kręcące się pod nogami. Ostatecznie udało nam się odnaleźć wszystko oprócz jednej bluzki Agi, a dodatkowo spora część ciuchów była nadal mokra. Za tak niecodzienną serwis zapłaciliśmy tylko mocno skrzywionym uśmiechem, co wcale nie wzruszyło babci praczki. Najwidoczniej doskonale znała wartość swoich usług.

Jakieś pomysły jak zinterpretować ten znak?

Dość topornie zabieraliśmy się do wizyty w Grand Palace, ale ostatecznie i tam dotarliśmy. Spodziewaliśmy się godzinnych kolejek po bilety jednak temat udało się załatwić w kilka minut. Kompleks pałacowy bez wątpienia zrobił na nas wrażenie, jednak tłumy ludzi w połączeniu z prawie 40-stopniowym skrawem sprawiły, że myśleliśmy głównie o tym, aby się stamtąd wydostać i czym prędzej schłodzić zimnym shakiem owocowym. Całe szczęście, że chociaż wewnątrz świątyń jest trochę chłodniej.

Pałac Królewski w wersji mini.


W ramach zmiany otoczenia postanowiliśmy wybrać się do Ayutthaya, miasta znajdującego się na liście UNESCO, które swego czasu było nawet stolicą Tajlandii. Świątynie tutaj to w większości ruiny, co miało nam także zapewnić ciekawe urozmaicenie dla oka po tych wszystkich świecących budowlach, której do tej pory widzieliśmy w Tajlandii. Około 70-kilometrową trasę z Bangkoku pokonaliśmy pociągiem ekspresowym w zawrotnym tempie ponad 2.5 godzin (cena biletu też robiła wrażenie tj. 20TBH czyli jakieś 2PLN). Nie bez znaczenia na czas podróży wpływ miał fakt, że w Tajlandii pociągi bardzo często ustępują pierwszeństwa samochodom, w efekcie czego można stać na czerwonym świetle przez dobrych kilkanaście minut.

Dworzec kolejowy Hua Lamphong w Bangkoku.

Tajlandzki ekspres niczym nie różni się od polskiej SKM-ki.

Ayutthayę dla pieszej odmiany eksplorowaliśmy z perspektywy siodełka (rower kosztował 30TBH za cały dzień), co okazało się bardzo dobrym wyborem, gdyż miejsca warte odwiedzenia porozrzucane są po całym mieście i ciężko by to było ogarnąć na piechotę. Jedynym mankamentem pedałowania był prawie 40-stopniowy upał, z którym nasze systemy chłodzenia sobie w ogóle nie dawały rady. Regularnie musieliśmy się ratować lodowatą wodą albo shakami owocowymi i tylko chyba dzięki takiemu wsparciu udało nam się jakoś dotrwać do końca dnia.

Chwila wytchnienia od skwaru w cieniu leżącego Buddy.

Światynia Wat Phra Si Sanphet.

Niezwykle fotogeniczna Wat Chaiwatthanaram.

Na koniec naszych podbojów stolicy byliśmy świadkami dwóch ciekawych zdarzeń. Pierwsza sytuacja trafiła się nam na dworcu autobusowym, a potem powtórzyła w jednym z parków miejskich. Mianowicie punktualnie o 8 rano (a w parku o 18) wszyscy obecni dookoła lokalsi wstali i przy akompaniamencie dźwięków lecących z głośników zaczęli śpiewać hymn narodowy. My również wstaliśmy i choć milczeliśmy przez cały czas, nasze zachowanie spotkało się z wyrazem sympatii miejscowych. Później dowiedzieliśmy się, że właśnie o 8 i 18 w wielu miejscach publicznych ma miejsce takie zbiorowe śpiewanie hymnu. Ciekawe czy u nas taki pomysł udałoby się wcielić w życie.

O 8 i 18 czas w Tajlandii się na chwilę zatrzymuje - to pora na śpiewanie hymnu.

Na drugie wydarzenie natknęliśmy się w Saranrom Park, do którego przyciągnęła nas żywiołowa muzyka lecąca z głośników. Po przekroczeniu bramy wejściowej mieliśmy wrażenie, że znaleźliśmy się w jakiejś wiosce olimpijskiej. Wszyscy dookoła biegali, ćwiczyli, skakali, grali lub tańczyli. Można było odnieść wrażenie, że to nie park miejski, a wielkie centrum sportowe. Potem jeszcze podobne aktywizowanie się Tajlandczyków widzieliśmy kilka razy i za każdym razem miało to miejsce między 17 a 19. Nie udało nam się jednak dowiedzieć czy była to własna inicjatywa czy też może przykaz z "góry".


Tajlandzki WF w Sarandrom Park czyli gry i zabawy na świeżym powietrzu.

Tak jak wspomniałem na początku głównym celem naszych ponownych odwiedzin w Bangkoku było wyrobienie wizy do Birmy. Mimo niewielkich obaw, że będzie to trwało nie wiadomo ile, sprawę udało się załatwić nadspodziewanie sprawnie (tylko 1.5 godziny zajęło złożenie papierów + 15 minut odbiór paszportów z birmańską naklejką 2 dni później), dzięki czemu mogliśmy zabierać się za pakowanie klamotów. Po miesiącu wojaży po Tajlandii przyszła pora na zmianę. Trzeba przyznać, że przez te 4 tygodnie wydarzyło się naprawdę sporo, a gwoździami tego etapu był trekking w dżungli, kurs nurkowania i wolontariat ze słoniami. Do tego poznaliśmy wiele niezwykle interesujący i pozytywnych osób, wśród lokalsów oraz tych podróżujących po południowo-wschodniej Azji tak jak my. Wisienką na torcie była tajska kuchnia, która mimo że czasem stanowczo za pikantna, w większości przypadków była taka jaką sobie wyobrażaliśmy. Teraz czekają nas 3 tygodnie w Birmie. Sami do końca nie wiemy czego się spodziewać po tym kraju. Miejmy nadzieję, że będzie równie interesująco. Już wkrótce będziemy mądrzejsi.

Kierunek Myanmar!

7 komentarzy:

  1. Na ostatnim zdjęciu wyglądasz jak Jack Nicholson :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe! Napisz jeszcze z jakiego filmu ten Nicholson miałby być, bo nie wiem czy to dobrze czy źle:D

      Usuń
  2. Zdecydowanie Lśnienie :D

    SFrog

    OdpowiedzUsuń
  3. czlowieku zacznij jesc bo do konca podrozy jeszcze troche a juz teraz wyglada jaby pedaly Toba krecily;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. te braciak,

      wez lepiej wyjasnij dowcip bo sam nie wiem czy mi mocno dowaliles czy tylko troche:)

      ps. no i podpisuj sie, bo co to za anonimy. to juz nie te czasy...

      Usuń
  4. To już kolejna wycieczka do Tajlandii a nigdzie nie czytałem nic o tajskim masażu. Byliście może u tajskiej masażystki? Jeśli nie, to przy kolejnej okazji polecam skorzystać.

    OdpowiedzUsuń

WSZYSTKO CO CHCIELIBYŚCIE ZNALEŹĆ NA BLOGU - KATEGORIE