niedziela, 16 sierpnia 2009

Długi weekend w hrabstwie Kerry

Kolejny długi weekend i kolejny pomysł na jego spędzenie poza domem. Jako że większość wartych zobaczenia miejsc w Irlandii znajduje się po jej zachodniej stronie, wybór celu podróży ograniczyliśmy właśnie do tej części wyspy. Innym kryterium była chęć Agi zobaczenia delfinów, dlatego zdecydowaliśmy się na hrabstwo Kerry, a dokładniej park narodowy w Killarney oraz półwysep Dingle. Szykowanie się zaczęliśmy od znalezienia miejsc noclegowych, w których przyjęto by z otwartymi rękami nie tylko nas, ale także i naszego małego potwora. Trochę czasu nam to zajęło, ale w końcu udało nam się trafić na odpowiednie lokum. Pozostała część przygotowań przebiegła gładko i w sobotę rano, z rowerami w bagażniku, niewielkim prowiantem i ciuchami na tylnych siedzeniach oraz mną i Agą wraz z Lucky w nogach, ruszyliśmy przed siebie.



Pierwszy przystanek zaplanowany był w Limerick, stolicy hrabstwa o tej samej nazwie. Interesujący jest, fakt że to niewielkie miasto, bo liczące niewiele ponad 50 tysięcy ludzi, jest pod tym względem trzecie w Irlandii (za Dublinem i Cork). Dodatkowo Limerick nazywany jest "Polskim Dublinem", gdyż żyje tu bardzo liczna grupa Polaków - ok. 15 tysięcy. Tak więc czując się jak u siebie, rozpoczęliśmy wędrówkę po ulicach tego miasta. Podczas niespełna dwugodzinnego spaceru mieliśmy okazję pokręcić się po zatłoczonych ulicach centrum, odwiedzić niezbyt okazały park miejski, pstryknąć zdjęcie przy zamku króla Jana z XII wieku, rzucić kamień do rzeki Shannon oraz zahaczyć, a jakżeby inaczej, stadion Thomond Park, na którym mecze rugby oglądać może jednocześnie nawet 26500 kibiców Munster. Podczas tej krótkiej wizyty udało nam się zobaczyć prawie wszystko, co miał do zaoferowania Limerick, a jak sami widzicie było tego naprawdę niewiele.



Ruszyliśmy więc dalej z kopyta, ale po przejechanie zaledwie kilkunastu kilometrów trafiliśmy na korek uliczny, w którym było nam dane spędzić prawie pół godziny. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, gdyż jadąc iście żółwim tempem naszą uwagę zwróciła niewielka wioska i zdecydowaliśmy się zatrzymać na chwilę, aby się jej bliżej przyjrzeć. Przy głównej ulicy, w promieniu niespełna 100 metrów, znajdował się bardzo ładnie utrzymany park (w którym akurat para młoda miała sesję zdjęciową), dobrze utrzymany budynek opactwa wybudowany w 1230r. oraz grupka wiejskich domków swym wyglądem przypominająca budynki z terenów Słowińskiego Parku Narodowego. Ponadto cały ten kolorowy obraz uzupełniała muzyka miejscowego grajka, który raczył odwiedzających tradycyjną muzyka irlandzką. Z jednej z tablic informacyjnych dowiedzieliśmy się również, że Adare, bo tak nazywała się ta wioska, w 1976r było zwycięzcą irlandzkiego konkursu "Tidy Towns" na najczystsze miasto. Fakt ten dodatkowo umocnił nasze wrażenie, że miasteczko jest jednym z ładniejszych jakie do tej pory mieliśmy okazję widzieć.





Kiedy wróciliśmy na trasę po korku nie było już śladu i do samego Killarney dojechaliśmy bez większych problemów. Miastu, położonemu na obrzeżach malowniczych terenów górskich, brakowało chyba jedynie śniegu, aby mogło być porównywane do znanych kurortów zimowych. Wieczorny spacer po pełnym turystów centrum, zakłócało jedynie burczenie w brzuchu, dlatego postanowiliśmy przyspieszyć kroku i czym prędzej zaspokoić narastający z każdą chwilą głód. Zaopatrzeni w specjały kuchni tajskiej, które wzięliśmy na wynos, popędziliśmy do 'Greenane House', pensjonatu w którym mieliśmy spędzić pierwszą noc podczas wypadu. Orientalną kolację zjedliśmy na świeżym powietrzu, zachwycając się widokami gór oświetlonych zachodzącym słońcem. Te niesamowite krajobrazy sprawiły, że mimo późnej godziny (dochodziła właśnie 21), postanowiliśmy wybrać się jeszcze na krótki spacer po górach, aby bliżej przyjrzeć się okazałym szczytom. Po powrocie sił starczyło nam jedynie na szybki prysznic i zimnego browarka - padliśmy jak kawki.





Poranek rozpoczęliśmy od typowo irlandzkiego śniadania (w skład którego wchodzą: tosty, jajko sadzone, bekon, kaszanka oraz kiełbaski) zjedzonego w towarzystwie bardzo miłych gospodarzy. Następnie, nie chcąc tracić ani sekundy, pożegnaliśmy się z właścicielami i pospiesznie ruszyliśmy w kierunku Gap of Dunloe - dzikiego, wąskiego wąwozu górskiego. Tę część wycieczki postanowiliśmy pokonać na rowerach, które do tej pory woziliśmy w bagażniku. Każdemu, kto wybiera się w tamte okolice, gorąco polecamy tę formę odkrywania uroków Parku Narodowego w Killarney. Szlaki rowerowe, których jest tu bardzo wiele, przebiegają przez niesamowite tereny górskie, na których, poza dziką przyrodą bardzo często można spotkać dzikie kozice, zające jak również bardziej pospolite owce. Ponadto bardzo popularne są w tym miejscu przejażdżki dorożkami, które oferowane są praktycznie na każdym kroku. Podczas naszego pobytu wyglądało to tak, jakby dorożkarzy było więcej niż turystów. W trakcie odkrywania uroków Parku mieliśmy okazję zobaczyć m.in. wodospad Torc, Muckross House i Abbey, Ladies View oraz wiele innych urokliwych miejsc, które stanowią o pięknie tego miejsca.







Pewnie, gdyby czas pozwolił, zostalibyśmy tutaj jeszcze dłużej, jednak czekała nas prawie 100km podróż więc spakowaliśmy nasze klamoty i ruszyliśmy w stronę półwyspu Dingle. Tym razem noc spędziliśmy w hostelu "Rainbow" (ang. tęcza), w którym można było się poczuć jak na szkolnym biwaku. Przed budynkiem porozbijane były liczne namioty, natomiast wewnątrz panowała atmosfera jak w pubie albo na imprezie.

Kolejny dzień przywitaliśmy dość wcześnie, gdyż o 9 rano mieliśmy zaplanowany rejs po zatoce, w której mieszkał delfin. Fungi, bo tak miał na imię, od 30 lat był jedną z głównych atrakcji tej okolicy. Płynąc kutrem (Lucky się załapała na pierwszą w życiu przejażdżkę) mieliśmy okazję zobaczyć popisy przyjaznego delfina - niestety nie było ich zbyt wiele, więc z pokładu schodziliśmy trochę zawiedzeni. Następnie wybraliśmy się na spacer po kolorowych uliczkach tej osady rybackiej. Trzeba przyznać, że miasto mimo iż było tego dnia dość zatłoczone, sprawiało bardzo pozytywne wrażenie. Ostatnim etapem naszego 3-dniowego wypadu była podróż dookoła półwyspu. Mimo że pogoda nas przestała rozpieszczać, udało nam się tutaj zobaczyć klify, licznie usytuowane wzdłuż trasy oraz mury fortu Dunbeg z ok. 800r.p.n.e. , a także zahaczyć o piaszczystą plażę położoną w niewielkiej zatoczce, gdzie woda była turkusowa, a fale osiągały ponad metr wysokości. Owa zatoka była jedynym miejscem, w którym chociaż przez chwilę było nam dane poczuć obecność Oceanu Atlantyckiego.







Wypad, mimo że tylko 3-dniowy, pozwolił nam odkryć kolejne interesujące miejsca na zielonej wyspie. I chociaż widzieliśmy już sporo, to i tak pozostało jeszcze wiele do zobaczenia i na pewno już wkrótce pojawi się kolejna relacja z naszych podróży po Irlandii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

WSZYSTKO CO CHCIELIBYŚCIE ZNALEŹĆ NA BLOGU - KATEGORIE