niedziela, 16 sierpnia 2015

Dookoła Islandii trasą wulkanicznych cudów natury (cz.2)


Podróżowanie autostopem po Islandii niewątpliwie należy do lekkich i przyjemnych. Gdyby nie ograniczony urlop, pewnie kontynuowalibyśmy naszą islandzką przygodę w ten właśnie sposób. Wiedzieliśmy jednak, że powoli zaczyna nas gonić czas (nieodzowny urok 2-tygodniowych wakacji), a do zobaczenia pozostała jeszcze niemal cała wyspa. Dlatego zgodnie z wcześniejszym planem na drugi etap podróży zapakowaliśmy nasze graty do wynajętego samochodu, zaopatrzyliśmy się w jedzenie i wodę u różowej świnki (ozdabia ona logo sieci marketów Bonus, takiej lokalnej wersji Biedronki) i z piskiem opon ruszyliśmy przed siebie drogą numer 1.

Tak wyglądało sporo dróg w Islandii w połowie maja.

Jazda krajową jedynką na dobrą sprawę nie wymaga nawet posiadania mapy, o GPS-ie nie wspominając. Jest to bowiem główna trasa, całkiem dobrze oznaczona, a do tego zaczyna się ona w Reykiaviku i po niewiele ponad 1,300 kilometrach dookoła wyspy kończy się w ....... Reykiaviku. Jak by nie patrzeć jest to największa obwodnica jaką do tej pory jechaliśmy. Jej niezwykłość polega jeszcze na tym, że co i rusz oferuje wyjątkowe widoki islandzkich gór i wybrzeża w wyniku czego noga sama schodzi z gazu, by jak najdłużej móc nimi cieszyć oko. Ponadto w wielu miejscach można zjechać z asfaltowej drogi i spróbować swoich sił w off-roadzie. Ta opcja wymaga jednak auta z napędem na cztery koła i odpowiedniej adnotacji w umowie z wypożyczalnią. Podczas naszego pobytu (pierwsza połowa maja) niestety sporo dróg islandzkiego interioru ze względu na zalegający śnieg było jeszcze zamkniętych. Udało się jednak znaleźć kilka miejsc, w których mogliśmy wypróbować możliwości naszego pseudo-terenowego auta.



Aga, w odróżnieniu ode mnie, jest miłośniczką wyższych temperatur dlatego już w Dublinie zaczęła się przygotowywać mentalnie do podróży w chłodniejszy klimat. Ponadto, wiedząc że nie ma co liczyć na wygrzanie w słońcu, postanowiła podejść do tematu w nieco oryginalniejszy sposób. Przygotowała mianowicie mapę Islandii, na której zaznaczyła lokalizację większości mniej lub bardziej popularnych gorących źródeł i basenów. Później, już kiedy podróżowaliśmy po islandzkiej wyspie, nie było opcji abyśmy odpuścili jakąkolwiek „gorącą” atrakcję jeśli ta tylko znajdowała się w zasięgu jej papierowego GPS-a. Muszę przyznać, że dzięki zamiłowaniu Agi do ciepła, zażywaliśmy najbardziej wyjątkowych kąpieli w naszym życiu. Bo jak inaczej można określić się wypoczynek w rzece otoczonej górami, której temperatura wody wynosi ponad 30 stopni! Dodatkowo mieliśmy szczęście, gdyż w Reykjadalur (parująca dolina) trafiliśmy na okienko turystyczne, dzięki czemu przez jakieś 30 minut mieliśmy gorącą rzekę tylko dla siebie.


Gorąca rzeka w dolinie Reykjadalur

Innym geotermalnym highlightem islandzkich wojaży była kąpiel w jaskini Grjótagjá w okolicy jeziora Mývatn. Już sam fakt, że owa jaskinia została utworzona z lawy i znajduje się w sąsiedztwie wulkanu Krafla, sprawił że przy wchodzeniu do niej przez niewielki otwór w skałach mieliśmy ciary. A gdy uzmysłowiliśmy sobie, że woda w jaskini, zgodnie z tym co zasłyszeliśmy wcześniej, rzeczywiście ma około 45 stopni (temperatura na zewnątrz wynosiła niewiele ponad 0), to o mało nie wywinęliśmy orła z wrażenia. Godzinną kąpiel tylko we dwoje w klimacie rodem z innej planety bez wątpienia zapamiętamy do końca życia.

Jaskini Grjótagjá


Jadąc drogą numer 1 nie było czasu na nudę. Zwłaszcza w trakcie pokonywania kolejnych kilometrów południowej części wyspy, cuda natury wyrastały jak grzyby po deszczu. Począwszy od pól zastygłej lawy, poprzez ośnieżoną czapę Vatnajökull czyli największego lodowca Islandii, kontynuując pośród wodospadów Seljalandsfoss, Skógafoss oraz Svartifoss, a na jeziorze lodowcowym Jökulsárlón skończywszy. Takiego skupiska „ochów” i „achów” na tak niewielkim obszarze chyba próżno szukać gdziekolwiek w Europie. Jestem pewien, że gdyby nie termin powrotu który nas ograniczał, to mielibyśmy problem żeby się stamtąd ruszyć.

Wodospad Seljalandsfoss

Jezioro lodowcowe Jökulsárlón

Śniadanie mistrzów

Mając te wszystkie piękne widoki dookoła naprawdę ciężko mi było skupić uwagę na drodze przed nami. Na szczęście za każdym razem, kiedy mój wzrok mimowolnie na dłużej uciekał na bok, Aga barwnymi epitetami przytomnie sprowadzała go na właściwy tor. Trzeba jednak napisać, że dzięki skuteczność systemu ostrzegania "Aga", podczas naszych wcześniejszych podróży już parokrotnie uniknęliśmy bliskich spotkań ze zwierzakami, w tym m.in. z sową (chyba życie jej się znudziło, bo siedziała na jezdni), z łosiem (łapał stopa na poboczu drogi) oraz niezliczoną ilością irlandzkich owiec. Na Islandii Agi radar nastawiony był głównie na renifery, które od czasu do czasu pojawiały się w okolicach "jedynki". Obyło się bez przykrych przygód, a jedyną niespodzianką którą trafiliśmy na poboczu był autostopowicz z Finlandii. W ten sposób mogliśmy choć trochę odwdzięczyć się za uprzejmość kierowców podczas pierwszej autostopowej części podróży.


Zwierzaków, które tak bardzo lubimy, na Islandii nie ma niestety zbyt wielu. Poza reniferami, z tych ciekawszych udało nam się jeszcze spotkać puffiny, foki oraz wieloryby. Żeby zobaczyć te ostatnie specjalnie udaliśmy się do Husavik, położonego na północy wyspy, skąd codziennie wypływają statki na „wielorybie wycieczki”.



Aga uwielbia wieloryby, a jej wielkim marzeniem jest zobaczenie płetwala błękitnego i humbaka (dokładniej mówiąc, to marzy żeby trafić na nie podczas nurkowania, ale z tym to chyba nie będzie tak łatwo). Niestety ani jednego ani drugiego nie spotkaliśmy, ale za to na medal spisały się płetwale karłowate (ang. minke whale, o długość do 10 metrów), które regularnie co kilka minut wynurzały się w okolicach statku. Tak oto kolejny gatunek walenia dołączył do naszej listy wielorybich okazów. Na dokładkę, kilka dni później podczas jazdy do Drangsnes, Aga wypatrzyła jeszcze stado orek – matkę z czwórką małych. Mimo że nie skakały jak te spotkane na Alasce, to i tak cieszyliśmy się jak dzieciaki mogąc je obserwować w warunkach naturalnych.


Kolejny wieloryb do "kolekcji" marzeń

Minke whale czyli płetwal karłowaty

Wydawać by się mogło, że 2 tygodnie na zobaczenie Islandii to całkiem sporo. Prawda jest jednak taka, że i cały miesiąc w naszym przypadku, mógłby być za krótki. Dla miłośników natury to raj na ziemi, o czym choć trochę mogliście się przekonać czytając obie części relacji. Mimo że poznaliśmy całkiem spory kawałek lodowej wyspy, to i tak do wielu miejsc nie zawitaliśmy (m.in. Westfjords oraz rozległy Interior - tutaj znajdziecie mapę wyspy z jej ważniejszymi atrakcjami). Dlatego jestem pewien, że wcześniej czy później tam wrócimy, aby dokończyć dzieła. Niewykluczone, że kolejną podróż na Islandię odbędziemy już wspólnie z Małą A. Na razie niech jednak żyje w niewiedzy.


Więcej zdjęć z Islandii znajdziecie w galerii na Picasie.

6 komentarzy:

  1. Miło powspominać ,,raj utracony" ,ważne ,że jest co. Życzę szybkiego comebacku

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o powrocie na Islandię zaczęliśmy myśleć ledwo samolot powrotny do Dublina oderwał się pasa startowego. bez dwóch zdań tam ponownie zawitamy. tylko pytanie kiedy :)

      ps. Tobie na pewno też by się spodobało. pomyśl zwłaszcza, że loty z Gdańska można dostać nawet za 200zł!!!

      Usuń
  2. Seljalandsfoss wygląda cudownie. Trochę mnie te temperatury odstraszają od Islandii, ale dla takich widoków chyba trzeba uzbroić się w czapkę i jednak wreszcie tam wybrać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie ma się czego obawiać tylko, tak jak piszesz, dobrze ubrać i ruszać na Islandię, bo wyspa jest nieziemska!! póki co w Europie nie znaleźliśmy piękniejszego kraju (ale jeszcze sporo jest do zobaczenia). a jeśli chodzi o świat to z tych miejsc co odwiedziliśmy to porównywalne dla nas były Alaska i Nepal.

      Usuń
  3. Mi najbardziej podoba się ta gorąca rzeka. No cudo po prostu!
    Zazdroszczę tej kąpieli w czapce, sama o czymś takim bardzo marzę!
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń

WSZYSTKO CO CHCIELIBYŚCIE ZNALEŹĆ NA BLOGU - KATEGORIE