niedziela, 12 lipca 2015

Islandia z kciukiem do góry (cz.1)

Nie ma drugiego takiego kraju w Europie jak Islandia. Fiordy, gejzery, gorące źródła, wodospady, wulkany, jaskinie, góry, klify oraz lodowce a do tego wieloryby, renifery i puffiny. Można dostać zawrotu głowy już od samego wymieniania atrakcji jakie oferuje ta wulkaniczna wyspa. Na nieźle już rozgrzaną wyobraźnię dodatkowo działa fakt, że 18 spośród tamtejszych wulkanów jest czynnych. W końcu nie od parady Islandia nazywana jest krainą ognia i lodu. Ile jednak można czytać relacje z innych blogów i oglądać zdjęcia przedstawiające ten wyjątkowy kawałek świata. Przyszedł najwyższy czas, aby ruszyć w drogę i wszystkie te cuda oraz inne dziwy zobaczyć na własne oczy.


Po Alasce i Himalajach Islandia była kolejnym miejscem na mojej bucket list, które przyciągało mnie jak nasza lodówka magnesy z podróży. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich kierunków Islandia była na wyciągnięcie ręki, bo tylko o mocniejszy rzut beretem z Irlandii, co znacznie przyspieszyło wprowadzenie planu w życiu. Ze względu na wyjątkową przyrodę wyspy, Adze ten kierunek też mocno przypadł do gustu. Dzięki wcześniejszym bardzo pozytywnym doświadczeniom z autostopem, dość szybko przekonałem ją również do pomysłu, aby w ten sposób podróżować po Islandii. Z racji ograniczonego czasu (2-tygodniowy urlop) postanowiliśmy jednak, że przez pierwszy tydzień będziemy łapać okazję, a na kolejny ruszymy samochodem z wypożyczalni. Przy okazji takie rozwiązanie pozwoliło zaoszczędzić parę groszy, bo trzeba wiedzieć, że zwłaszcza dla niewtajemniczonych islandzkie ceny mogą zwalić z nóg.

Chyba każdy browar w takich okolicznościach przyrody musi smakować rewelacyjnie.

Tak jak większość odwiedzających Islandię, po wylądowaniu w Keflaviku, udaliśmy się bezpośrednio do Reykiaviku. Stopa z lotniska złapaliśmy praktycznie w biegu i dzięki uprzejmości młodego małżeństwa po 30 minutach byliśmy na ulicach stolicy. Chociaż miasto ma swój klimat to na nas większego wrażenia nie zrobiło. Podczas spaceru ulicami Reykiaviku naszą uwagę znacznie częściej niż lokalne atrakcje przyciągały okoliczne góry. Co poradzić, że bardziej niż architektura kręci nas natura. Jeden dzień w zupełności wystarczył żeby zwiedzić ciekawszą część stolicy, a przy okazji znaleźć kilka geocachingowych skrytek. Od dłuższego czasu bowiem już uważam, że wakacje bez geocachingu to wakacje niekompletne.

Panorama Reykjaviku ze wzgórza Öskjuhlíð

Aga i Harpa to jest Sala Koncertowa i Centrum Konferencyjne

Nasza przygoda tak naprawdę zaczęła się kolejnego dnia, kiedy jakoś przed południem stanęliśmy na wylotówce z Reykiaviku trzymając kartkę z napisem Geysir. Znów zbyt długo się nie nastaliśmy, bo po kilkunastu minutach zgarnął nas starszy wiekiem podróżnik z Niemiec. Co ciekawe okazało się, że najpierw nas minął bez zamiaru zabrania, by po krótkiej rozmowie z samym sobą zawrócić i przechwycić nas z drogi. Jak nam zaraz wyjaśnił, w młodości sam wiele podróżował autostopem i gdy zobaczył uśmiechniętą parkę z uniesionym kciukiem stwierdził, że przyszła pora, aby odwdzięczyć się za tamte wspaniałe chwile. Trzeba przyznać, że miał bardzo dobre wyczucie czasu.



Wspólnie z Karlem, bo tak miał na imię nasz Niemiec, przejechaliśmy jakieś 300 kilometrów, przy okazji odwiedzając główne atrakcje na trasie Golden Circle (Złoty Krąg). W ten sposób już na dzień dobry 2-tygodniowej „objazdówki” dostaliśmy taką porcję niecodziennych wrażeń, że Aga przez większość czasu musiała trzymać moją szczękę, aby ta nie ryła po ziemi. Buzujący wodospad Gullfoss, wystrzeliwujący wodę na wysokość około 30 metrów gejzer Strokkur (był jeszcze Geysir, ale ten akurat nie miał ochoty dla nas strzelić) oraz Park Narodowy Þingvellir, przez który przebiega rów oddzielający płyty tektoniczne: euroazjatycką i amerykańską to cuda natury w najpiękniejszej postaci. Dla takich chwil warto podróżować.

Wodospad Gullfoss

Gejzer Strokkur

Park Narodowy Þingvellir

Tak fajnie nam się jechało z Karlem, że rozstaliśmy się dopiero kolejnego dnia po wspólnym biwaku na obrzeżach Borgarnes. Co ciekawe w miasteczku tym spotkaliśmy całkiem sporo Polaków mieszkających tu na stałe. Rzekomo kilka lat temu było ich jeszcze więcej, kiedy za sprawą cudownych wizji o kraju miodem i islandzką koroną płynącym zaserwowanych przez TVN, spora część rodaków wyemigrowała do Islandii. Niestety jak to często z bajkami bywa niewiele mają one wspólnego rzeczywistością z i z nią dosyć mocno zderzyła się islandzka Polonia (surowy klimat, nieznajomość języka oraz problemy z dostaniem pracy). Co gorsze to to, że w trudnych chwilach bardzo często Polak Polakowi wilkiem i zamiast pomagać sobie nawzajem to rodacy rzucają sobie kłody pod nogi. Każda z osób, z którą rozmawialiśmy twierdziła, że z Polakami nie spędza czasu, ponieważ woli nie ryzykować i unikać problemów. Niestety z takimi postawami spotkaliśmy także parokrotnie w Dublinie. Dziwny jest ten świat.



Naszą autostopową przygodę kontynuowaliśmy na półwyspie Snæfellsnes. Dzięki uprzejmości Islandczyka, Polaków, Włochów, Amerykanów i Francuzów samochodowymi skokami bez najmniejszych problemów obskoczyliśmy cały półwysep odwiedzając przy tym kilka miasteczek i portów rybackich – Ólafsvík, Grundarfjörður, Stykkishólmur. Trasa dokoła Snæfellsnes była ucztą dla oczu. Zwłaszcza gdy świeciło słońce liczne wodospady, góry czy fiordy z łatwością wprawiały nas w zachwyt. Główną atrakcją tego regionu jest przykryty białą czapą lodowca wulkan Snæfellsjökull (1446m n.p.m.). Przy dobrej widoczności można go dostrzec z oddalonego o 120 kilometrów Reykjaviku. Warto dodać, że właśnie wnętrze wulkanu Snæfellsjökull Juliusz Verne wybrał jako miejsce akcji swojej książki pod tytułem „Podróż do wnętrza Ziemi”. Do środka nam śpieszno nie było, ale z zewnątrz wulkan też prezentował się godnie.

Port rybacki Stykkishólmur

Dzika przyroda na półwyspie Snæfellsnes

Po 6 dniach autostopowania ponownie zawitaliśmy w Reykiaviku. Nie było to jednak koniec całej wycieczki, a tylko jej pierwszej części. W stolicy uzupełniliśmy zapasy, odebraliśmy z wypożyczalni zarezerwowany wcześniej samochód i nie tracąc czasu ruszaliśmy ponownie na spotkanie przygody. Ale na historie o kąpieli w gorącej rzece, spotkaniu z orkami oraz spacerze po wulkanie będziecie musieli jeszcze chwilę poczekać.


Więcej zdjęć z Islandii znajdziecie w galerii na Picasie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

WSZYSTKO CO CHCIELIBYŚCIE ZNALEŹĆ NA BLOGU - KATEGORIE