środa, 3 lipca 2013

Borneo - chwila wytchnienia.

Podróż w Nieznane mieliśmy zaplanowaną jedynie na pierwsze 3 miesiące. Tajlandia, Birma i Nepal a potem się zobaczy. No i właśnie w Nepalu nadszedł moment, że trzeba było zdecydować co dalej. Co do jednego byliśmy zgodni - po miesiącu górskich krajobrazów przydałaby się jakaś morska odmiana. Na szczęście loty w Azji, dzięki AirAsia oraz innym tanim liniom, są w całkiem przystępnych cenach, dzięki czemu mogliśmy przebierać w ciekawych kierunkach. Bali, Java lub Lombok, a może któraś z filipińskich wysepek. Wybór był ciężki, bo chciałoby się zobaczyć wszystkie te miejsca. Nic dziwnego, że nie mogliśmy się zdecydować. Ostatecznie w wyborze pomogła nam książka, którą Aga przeczytała podczas pobytu w Pokharze. Historia o orangutanach tak ją urzekła, że postanowiła poznać lepiej te wyjątkowe zwierzaki. Tym sposobem zdecydowaliśmy się na Borneo.

Mount Kinabalu - najwyższy szczyt południowo-wschodniej Azji widziany z wyspy Mamutik.

Zanim wylądowaliśmy na Borneo spędziliśmy jeszcze nockę na lotnisku w Kuala Lumpur. Byliśmy nieco zaskoczeni ile osób przesypia na tym terminalu czas pomiędzy lotami, bo razem z nami na podłodze wylegiwało się chyba z 200 osób. Przy stanowiskach odprawy i sklepikach, obok toalet i kawiarni - niemal wszędzie można było znaleźć jakiegoś śpiocha. Nim wylądowaliśmy w "łóżku", wyskoczyliśmy jeszcze na dwór żeby znaleźć cacha. Okazało się bowiem, że ktoś znudzony czekaniem pomiędzy lotami postanowił ukryć tutaj kilka drobiazgów. Musimy przyznać, że ten ktoś miał bardzo dobry pomysł.

Kolejna skrytka do kolekcji Drużyny L.

5-cio gwiazdkowy nocleg na lotnisku w Kuala Lumpur.

Borneo jest 3-cią co do wielkości wyspą na świecie, ustępując miejsca jedynie Grenlandii i Nowej Gwinei). Obszar wyspy podzielony jest pomiędzy 3 kraje: Brunei, Indonezję oraz Malezję. My skupiliśmy się jedynie na malezyjskiej części, a odkrywanie Borneo rozpoczęliśmy od Kota Kinabalu (wśród miejscowych znane jako KK, czyt. "Kej Kej"), które jest stolicą prowincji Sabah. Już z samolotu widać było, że znów wracamy do cywilizacji. Miasto bowiem jak na standardy południowo-wschodniej Azji jest bardzo nowoczesne - może nie aż tak jak Kuala Lumpur, ale mimo wszystko widać znaczną różnicę. Samo KK nie ma zbyt wiele do zaoferowania, chyba że ktoś lubi zakupy. Według nas jedyną rzeczą godną uwagi jest nocny market z jedzeniem. Smażone ryby i kalmary, grillowane homary, krewetki i kraby, a także orzechowe sataye - wszystko palce lizać i to w bardzo pozytywnych cenach. Dwukrotnie tam ucztowaliśmy, za każdym razem wychodząc z pełnym brzuchem i bananem na twarzy. Raz tylko się trochę nadzialiśmy. Zamówiliśmy bowiem zupę Tom Yam, zaznaczając przy tym kilkukrotnie żeby nie była pikantna. I co? Oczywiście sprzedawca o tym zapomniał przez co my mieliśmy nie lada rozrywkę. Spociliśmy się przy tym jak w saunie, ostatecznie jednak musieliśmy skapitulować. Okazaliśmy się zbyt miękcy na lokalne chili.


Homar całkiem dobry, ale szału nie było.

Tom Yam w wersji KK dla nas był stanowczo za ostry.

Tak jak wspomniałem wyżej Kota Kinabalu szału nie robi, wystarczy jednak złapać w lokalnym porcie którąś z łódek, aby już po 20-30 minutach móc wylegiwać się na jednej z kilku klimatycznych wysepek wchodzących w skład Parku Narodowego Tunku Abdul Rahman. Mało tego można tam nawet nocować, z czego oczywiście postanowiliśmy skorzystać. Zapomnijcie jednak o pokojach z AC, TV i innymi drobnymi luksusami, bo na to by trzeba wydać małą fortunę (z tego co się dowiadywaliśmy to około 1000zł za nockę). Na szczęście była też opcja budżetowa, która w tym przypadku oznaczała namiot. Nam szczerze mówiąc więcej nie było potrzeba. Zrobiliśmy małe zapasy jedzeniowo-alkoholowe w KK i przez 3 dni ostro byczyliśmy się na plażach wysp Mamutik i Manukan.

Pod wieczór, gdy większość turystów wracała do KK, wyspę mieliśmy niemal na wyłączność.


Na Mamutik naszymi sąsiadami były warany.

Naszym głównym zajęciem w ciągu dnia było snorklowanie, które trzeba przyznać, że dawało radę. Szczególnie Aga nie mogła oderwać wzroku od kolorowej rafy i rybek, które za nią pływały. Gdyby nie palące słońce w wodzie mogłaby chyba siedzieć cały dzień. Dla mnie najciekawsza była okazja do pogrania w piłkę nożną z miejscowymi. O ile podczas gry w kosza z Malezyjczykami w KL mój wzrost był sporym atutem, to w nogę już nie koniecznie. Ciężko trochę było za nimi nadążyć.

Snorklowanie według Agi...

...oraz w moim wykonaniu.

Wypatrywanie delfinów.


Po górskich przechadzkach w Nepalu, tego dokładnie było nam trzeba. Kilku spokojnych dni na plaży w pozycji horyzontalnej, bez żadnego biegania, zwiedzania i przemieszczania się. Chcieliśmy podładować akumulatory i w 100% nam się udało. Na koniec pobytu w Kota Kinabalu załatwiliśmy jeszcze jedną bardzo ważną rzecz. Wybraliśmy się do pobliskiej mariny, gdzie zostawiliśmy takie oto ogłoszenie.


Zarzuciliśmy nasze sieci na przygodę z jachtostopem. Teraz trzeba było tylko cierpliwie czekać by zobaczyć co z tego wyniknie.

2 komentarze:

  1. Bardzo fajnie opisane ,malownicze widoki a fotki dodają dobrego smaku:-))

    OdpowiedzUsuń

WSZYSTKO CO CHCIELIBYŚCIE ZNALEŹĆ NA BLOGU - KATEGORIE