czwartek, 24 maja 2012

Nasza Rzymska Majówka

Zanim w zeszłym tygodniu po raz pierwszy wylądowaliśmy w Rzymie, nasza wiedza na temat stolicy Włoch ograniczała się do kilku podstawowych informacji. Zdawaliśmy sobie między innymi sprawę, że to bardzo stare miasto (niektórzy mówią nawet, że jest wieczne), do którego ponoć prowadzą wszystkie drogi, a w samym jego sercu znajduje się inne państwo, nad którym pieczę jeszcze do niedawna dzierżył Polak. Było jeszcze kilka ciekawostek, które gdzieś tam zasłyszeliśmy, jednak 4-dniowy pobyt w rzymskim otoczeniu sprawił, że wyrobiliśmy sobie własne zdanie na temat Wiecznego Miasta. A że nasze odczucia są nie tylko pozytywne, to już jedynie efekt uboczny minionych wakacji.

Rzym to nie tylko antyczne zabytki, ale i ludzie, którzy nadają temu miastu kolorytu.

Podczas 96 godzin spędzonych w stolicy Włoch pieszo zrobiliśmy chyba ze 141 kilometrów. Albo coś blisko tego, bo ostatniego dnia błagałem Agę o litość. Do tej pory wydawało mi się, że mam ponadprzeciętną kondycję, jednak kochana żona dość skutecznie zweryfikowała ten mit. Kiedy ja ledwo powłóczyłem nogami, Aga wrzucała 6 bieg i niczym Lance Armstrong zdobywała Hiszpańskie Schody. Sam się czasami dziwiłem skąd u niej takie pokłady energii. Jedyny logiczne wytłumaczenie, które przychodziło mi do głowy to gelato, czyli przepyszne lody w wersji włoskiej, od których nie potrafiliśmy się opędzić. Najwidoczniej na niektóre osoby mają one niespotykanie energetyczny wpływ.

Hiszpańskie Schody - ulubione miejsce schadzek tubylców i przyjezdnych.

Włoskie gelato - do wyboru do koloru.

Chwila zasłużonego wytchnienia na pastwisku przed Colosseo.

O ile gelato było smakowitym niebem w gębie, o tyle rzymskie jedzenie nas kompletnie rozczarowało. Kilkukrotnie mieliśmy okazję zasmakować włoskich specjałów i ani razu nie wyszliśmy z restauracji piejąc z zachwytu nad lokalną kuchnią. Owszem raz zdarzyło się, że opuszczaliśmy knajpkę uchachani od ucha do ucha, ale znaczna była w tym zasługa domowego wina, które w przeciwieństwie do innych alkoholi umiejętnie kusiło niską ceną (8 euro za litrową karafkę w porównaniu do małego pifka w butelce za 5!). Nawet lokalne desery nas jakoś szczególnie nie powaliły. Tak się zastanawiam, czy z tym jedzeniem to tak w całych Włoszech, czy może raczej tylko w turystycznych miejscach.

Włoskie tiramisu pełną gębą.

Campo de Fiori - oprócz kwiatów znaleźć tu można również coś dla podniebienia.

Domowa kolacja z lokalnymi smakołykami - palce lizać.

Jak już trochę narzekamy na Rzym, to warto jeszcze wspomnieć o "szalenie" kulturalnych kierowcach, motocyklistach i skuterowcach. Będąc pieszym w stolicy cały czas trzeba się mieć na baczności, bo każdą chwilę nieuwagi można przypłacić zdrowiem. Przejścia dla pieszych to potencjalnie miejsca największego ryzyka. Zwłaszcza jeśli kierowcy mają czerwone światło! Wtedy bowiem piraci dosiadający jednoślady, z temperamentem charakteryzującym południowców szarżują na pasach pośród ogłupiałych turystów. Wielokrotnie sam musiałem uznać wyższość zwariowanych Rzymian, mimo że na wymuszaniu pierwszeństwa znam się dosyć dobrze.

W Anglii mają Mini, a w Rzymie mają....Smarta.

Porządku w mieście pilnują zawsze czujni Carabinieri.

hmm... Roboty drogowe???

Żeby nie wyszło tak, że o Rzymie tylko psioczymy, to czas na kilka ciepłych słów pod adresem stolicy Italii. Przede wszystkim należy napisać o niepowtarzalnym klimacie Wiecznego Miasta - kto był ten wie. A kto nie miał okazji powinien sobie zapisać w kalendarzu ten kierunek na następną majówkę. Skacząc po trybunach wiekowego Koloseum, spacerując po ruinach Forum Romanum czy też odwiedzając jeden z niezliczonych kościołów można poczuć się jakby maszyna do podróżowania w czasie naprawdę istniała. Możliwość dotknięcia ścian budowli, które tak jak w przypadku Panteonu, mają prawie 2000 lat - bezcenna!

"Powrót do przeszłości IV"

Panteon - dzięki opiece kościoła budowla stoi tam gdzie stała od prawie 2000 lat.

Moneta wrzucona do Fontanny di Trevi rzekomo zapewnia powrót do Rzymu, dwie są gwarantem rzymskego romansu, a trzy obietnicą ślubu z mieszkańcem Rzymu. Zastanówcie się więc dobrze ile monet chcecie wrzucić.


Wśród wielu miejsc, które odwiedziliśmy w ciągu 4-dniowego pobytu, nas najbardziej urzekły wąskie uliczki Zatybrza. Kolorowa dzielnica, uznawana za najstarszą część Rzymu, z licznymi restauracjami oraz klimatycznymi sklepikami chyba najbardziej bliska była obrazowi miasta, które sobie wyobrażaliśmy. Nie tego starożytnego, ani nie tego turystycznego - takiego zwykłego Rzymu na co dzień. Ponadto na długo zapamiętamy zachód słońca, który mogliśmy podziwiać ze wzgórza Pincio. Chwila wytchnienia z panoramą Wiecznego Miasta w tle była zasłużoną nagrodą po wielogodzinnym dreptaniu ulicami Rzymu.

Codzienność na Zatybrzu.

Zwyciężczyni konkursu na balkon najbardziej przyciągający uwagę przechodniów.

Nawet ptaki podziwiają widok rozciągający się ze wzgórza Pincio.

Pogoda podczas rzymskiej majówki spisała się na medal - niestety tylko na ten srebrnego koloru. Wszystko za sprawą deszczowej niedzieli w Watykanie. Poranek owszem był pochmurny, ale nic nie zapowiadało ulewy, która złapała nas w chwili, gdy przekraczaliśmy granicę pomiędzy Rzymem a Państwem Watykańskim. Odczytaliśmy to jako znak z niebios - aż tyle bowiem potrzeba było wody z nieba, aby zmyć nasze wszystkie grzeszki. Ciekawe na jak długo pomoże taka kuracja. Będąc przy temacie duchowym, warto wspomnieć o niesamowitych kościołach, których w samym tylko Rzymie jest chyba więcej niż w całej Polsce. Do tego większość ze świętych budowli to zachwycające dzieła sztuki, których twórcami najczęściej byli najznamienitsi włoscy artyści, tacy jak Michał Anioł czy Bernini. I choć na sztuce znam się mniej więcej jak świnia na gwiazdach, to potrafiłem docenić kunszt rzeźbiarzy, malarzy i architektów nad wyraz emocjonalnym WOW!! W Bazylice św. Piotra i Kaplicy Sykstyńskiej doszło nawet do tego, że Aga musiała mnie uciszać, bo trochę zbyt głośno zacząłem się zachwycać.

28-metrowy ołtarz w Bazylice Św. Piotra robi piorunujące wrażenie.

Pamięć o "Naszym Papieżu" jest wiecznie żywa nie tylko w Polsce.

Chwila zadumy w Bazylice św. Jana na Lateranie.

Także z zewnątrz świątynie jawią się jako niepowtarzalne dzieła sztuki.

Tym oto sposobem udało nam się spełnić kolejne marzenie Agi. Wśród snów o mnie, równie często pojawiał się u niej bowiem sen o Imperium Rzymskim, który w końcu mogła skonfrontować z rzeczywistością. I jak sama przyznała Rzym na żywo ma o wiele więcej uroku niż ten wyśniony. Teraz zatem, kiedy moja ukochana zobaczyła już Wieczne Miasto na własne oczy, będzie mogła znów wrócić do snów wyłącznie o mnie. Natomiast jeśli chodzi o mnie, to choć raczej nie jestem fanem miejskich dżungli, bo zdecydowanie lepiej czuję się na łonie natury, to Rzym naprawdę przypadł mi do gustu. Może nie aż tak, że chciałbym się tam przeprowadzić, ale żeby tam jeszcze kiedyś wrócić - czemu nie.

Gdzie by tu teraz pojechac???

3 komentarze:

  1. Teramisu i Gelato ... i nie trzeba sie mnie dwa razy pytac czy chce jechac!!! hehehe Super zdjecia!!! A najlepsze to te z ciuszkami na linkach ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. to musicie wykombinowac jakies wakacje w Europie i odwiedzic kilka ciekawszych miast/krajow (w tym Dublin oczywiscie!).

    ciekawe jest to ze w Polsce lody wloskie to zupelnie co innego niz lody we Wloszech.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobra Wasza Dzieciaki , następnym razem polecam Lago di Como na pólnocy, a na południu nocleg pod gołym niebem na Capri z buteleczką cianti.jp

    OdpowiedzUsuń

WSZYSTKO CO CHCIELIBYŚCIE ZNALEŹĆ NA BLOGU - KATEGORIE