niedziela, 18 grudnia 2011

Halftime Show w Mieście Aniołów


Tak się złożyło, że nasz przyjazd do Miasta Aniołów, tak zwykło mawiać się na Los Angeles, przypadł mniej więcej w połowie naszej Podróży Marzeń po Ameryce Północnej. Lista niesamowitych rzeczy, które do tej pory widzieliśmy i przeżyliśmy, jest już naprawdę spora, a przed nami jeszcze ponad miesiąc w podróży. Miejmy nadzieję, że starczy nam miejsca na dysku na kolejną dawkę zdjęć i filmów. Tym bardziej, że po wyjeździe z LA przybyło nam sporo nowych materiałów. Nie mogło być jednak inaczej zwłaszcza, że podczas 3-dniowego pobytu odwiedziliśmy większość najciekawszych atrakcji miasta.

Anioły z LA

sobota, 10 grudnia 2011

Pustynne słońce w Death Valley

Ciężko nam było opuszczać Las Vegas, jednak pieniędzy nie przybywało, a czas zza pleców delikatnie poganiał. Z Miasto Grzechu udaliśmy się na zachód w stronę słonecznej Kalifornii i jej pierwszej atrakcji, czyli Death Valley National Park. Zresztą pojęcie atrakcji w przypadku Doliny Śmierci jest dosyć względne. Mam bowiem nieodparte wrażenie, że spacery po kamiennej pustyni przy około 40 stopniowym upale (latem temperatury dochodzą nawet do 50 stopni) nie każdemu przypadłyby do gustu. Weźmy na przykład Agę, dziewczynę ciepłolubną i w ogóle ze słońcem za pan brat, a która w Death Valley po 20 minutach tak się zagrzała, że miała dosyć i poszła spać. Na szczęście było kilka niesamowitych miejsc w parku, które potrafiły ją postawić na nogi.

Fatamorgana cieni

środa, 7 grudnia 2011

Viva Las Vegas


Las Vegas to miasto inne niż wszystkie. Tutaj nie można siedzieć bezczynnie i nie ma najmniejszego znaczenia czy za oknem jest dzień, wieczór czy też środek nocy. Cały czas coś się dzieje. Nie od parady Vegas zwane jest Miastem Grzechu (czasami znane jest również jako Stolica Drugich Szans). Już od wschodu słońca na ulicach można zobaczyć imprezujących ludzi. Jedni z podkrążonymi oczami i pustymi kieszeniami wracają do pokoi hotelowych, a w tym samym czasie na ich miejsce pojawiają się nowe osoby żądne szalonych przygód rodem z filmu Kac Vegas (ang. Hangover). Nasz plan na zobaczenie miasta był bardzo podobny. Zresztą zobaczcie sami jak się wybawiliśmy przez te kilka zwariowanych dni.


A jak Vegas to tylko w klimacie Elvisa.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Szał skał w Bryce Canyon i Zion NP

Blog w ostatnim czasie dostał małej zadyszki, ale na szczęście sama Podróż Marzeń przebiegała bez najmniejszych problemów. W ciągu minionych 3 tygodni działo się w naszym życiu naprawdę wiele i ciężko było znaleźć choćby najmniejszą chwilę, aby nawet krótko napisać co u nas. Wtajemniczeni znają już szczegóły, a pozostali dowiedzą się wszystkiego w swoim czasie. Zapewniam was, że warto cierpliwie poczekać. Pora jednak wrócić do północnoamerykańskiej przygody, bo pozostało jeszcze sporo przygód do opisania. Na dobry początek ciąg dalszy odkrywania uroków parków narodowych Utah. Po wizycie w niesamowitych Arches i Canyonlands kolej na niepowtarzalny Bryce Canyon oraz niezwykle klimatyczny Zion.

niedziela, 6 listopada 2011

Chwila relaksu w Glen Canyon

Pozostając nadal w Arizonie, zamieniliśmy kanion w wersji Grand na mniej popularny Glen Canyon. Mimo że na miejsce dojechaliśmy około 22, bez problemów znaleźliśmy miejsce na kempingu Wahweap usytuowanym tuż na brzegiem jeziora Lake Powell (21 za nockę, to przyzwoita cena za bardzo dobre warunki sanitarne oraz wyborną lokalizację). Rano powitały nas super widoki oraz upragnione słońce. Od samego rana grzało jednak tak mocno, że nie szło wytrzymać w namiocie, więc wszyscy na nogach byliśmy już około 8 godziny (do tej pory tylko mi zdarzało wstawać się tak wcześnie). Mając przed sobą piękny, słoneczny dzień, tym razem postanowiliśmy go spędzić w trochę mniej intensywny sposób. Zamiast pokonywać kolejne kilometry na nogach, w pobliskiej przystani wynajęliśmy kajaki - w końcu rękom tez się od życia coś należy.

Wewnątrz kanionu

WSZYSTKO CO CHCIELIBYŚCIE ZNALEŹĆ NA BLOGU - KATEGORIE