czwartek, 6 października 2011

Banff NP, czyli z deszczem za pan brat

Wspomniałem już w poprzedniej relacji, że parki narodowe Jasper i Banff są prawie identyczne. Prawie robi jednak bardzo wielką różnicę. W naszym przypadku tą różnica była pogoda. Po dwóch dniach upałów w Jasper, słońce zniknęło bez pożegnania i w jego miejsce pojawiły się chmury. Deszcz, jak złapał nas w okolicach lodowca Athabasca, tak nie odpuszczał nam przez kolejne 2 dni. Próbowaliśmy przed nim uciekać, jednak we wszystkich przypadkach to on ostatecznie był górą.

W deszczu z Lake Louise w tle

wtorek, 4 października 2011

Szok termiczyny w Jasper NP

Park Narodowy w Jasper jest sąsiadem bardziej znanego parku Banff. Niemniej do zaoferowania ma tyle samo atrakcji, a może nawet więcej niż starszy kolega z południa. Można tu znaleźć bowiem ośnieżone szczyty Gór Skalistych, przepiękne jeziora w kolorach turkusowo-lazurowo-szafirowo-szmaragdowych oraz zatrzęsienie różnego rodzaju zwierzaków (chociaż akurat w tym przypadku trzeba mieć trochę szczęścia, żeby w odpowiednim momencie być odpowiednim miejscu). Nam w ciągu 2 dni udało się całkiem sporo zobaczyć, a do tego w niemal cieplarnianych warunkach, bo na dworze było około 25 stopni. W najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewaliśmy się takiej pogody, tym bardziej pod koniec września i do tego w górach. Bardzo fajna odmiana po deszczowym Vancouver.

czwartek, 29 września 2011

I znowu kusząca Kanada

Po 3 tygodniach od wyjazdu z Toronto, ponownie zawitaliśmy do Kanady. Tym razem jednak zachodniej. Wszyscy, których poznaliśmy podczas rocznego pobytu w Toronto, zgodnie twierdzili, że zachodnie wybrzeże jest o wiele piękniejsze i że nie ma chyba osoby, której nie spodobałyby się krajobrazy Kolumbii Brytyjskiej oraz Alberty, czyli dwóch sąsiadujących ze sobą prowincji kanadyjskich. Nareszcie mieliśmy okazję sami się przekonać ile w tym wszystkim jest prawdy i zobaczyć na własne oczy Góry Skaliste, Lake Louise oraz pozostałe atrakcje czekające na nas w Vancouver i parkach narodowych Jasper i Banff.

czwartek, 22 września 2011

Valdez, czyli morski zwierzyniec oraz cielące się lodowce

Ostatnim punktem na mapie Alaski, który chcieliśmy zobaczyć (tak naprawdę, chcieliśmy zobaczyć o wiele więcej, ale 2 tygodnie to jednocześnie i dużo i o wiele za mało żeby odwiedzić wszystko to, co by się chciało), był port Valdez i jego okolice. Trasa z Anchorage wynosi aż 500 kilometrów, jednak niemal od przekroczenia granic miasta cała uwaga skupia się na mijanych widokach. Rozległe pasma górskie, wyschnięte koryta rzek czy żółto-czerwone liście drzew (w ogóle złota polska jesień jest niczym w porównaniu do nasyconych barw jesiennych na Alasce - żółć i czerwień aż biją po oczach), to wszystko tworzy niesamowity krajobraz, który nawet na zdjęciach daleki jest od rzeczywistości. Inna sprawa, że przy takich okolicznościach przyrody podróż znacznie się wydłuża. Trzeba przecież nacieszyć oko i uwiecznić widok na fotkach.
Rzeka Matanuska

WSZYSTKO CO CHCIELIBYŚCIE ZNALEŹĆ NA BLOGU - KATEGORIE